Jan Skotnicki – człowiek, który uwolnił Lenina

Czy jeden człowiek może zmienić bieg historii? Zdania na ten temat są podzielone, ale niewątpliwie ten, o którym będzie tu mowa, musiał w ciągu długiego życia zadawać sobie nieraz pytanie: co by było, gdyby…?

Ale po kolei. Jan Skotnicki, późniejszy założyciel i patron Ogniska Plastycznego w Grodzisku Mazowieckim, postać dziś nieco zapomniana, urodził się w 1885 roku w rodzinie szlacheckiej, w Bobrownikach na ziemi lubelskiej, pod zaborem rosyjskim. Działo się to niewiele ponad dziesięć lat od krwawego stłumienia Powstania Styczniowego, kolejnego przegranego polskiego zrywu. Duch powstania, w którym uczestniczył jego stryj Antoni, wciąż krążył nad Polską, a Skotnickiemu od najmłodszych lat wpajano miłość do będącej pod zaborami ojczyzny.

Jan tak jakoś kierował swoim życiem, że wielokroć był uczestnikiem i świadkiem ważnych historycznych wydarzeń. A może kierował nim los?...
Jak sam pisał, artystą malarzem został, bo zdawało mu się, że sztuka da mu “swobodę obcowania nie tylko z polami i łąkami, końmi i psiarnią rodzinnego gniazda, ale z całą Polską, da (…) swobodę i wolność”. Studiował w Petersburgu, skąd przeniósł się do Krakowa, znajdującego się wówczas w granicach innego zaboru, a w końcu udał się na edukację artystyczną do Paryża. Już jako ukształtowany artysta, osiadł znów w Krakowie. Brał czynny udział w życiu artystycznej bohemy. Przyjaźnił się m.in. z Włodzimierzem Tetmajerem, Stanisławem Wyspiańskim, z którym zetknął się nie gdzie indziej, jak na słynnym weselu poety Lucjana Rydla.

Wybuch I wojny światowej zastał Skotnickiego w Zakopanem, gdzie parę lat wcześniej zamieszkał wraz z żoną. Skotnicki nie umiał żyć jednak tylko sztuką i chętnie angażował się w życie społeczne i polityczne. Właśnie tam, parę lat przed wybuchem światowego konfliktu, zetknął się Skotnicki po raz pierwszy z Józefem Piłsudskim, wówczas jeszcze mało komu znanym pepeesowcem.

Po wybuchu wojny Skotnicki podejmuje decyzję o wstąpieniu do legionów, co będzie początkiem jego nowej drogi. Stanie się działaczem politycznym, a później, w niepodległej już Polsce, urzędnikiem państwowym.

Ale wróćmy do małej wówczas, podhalańskiej mieściny i momentu, w którym mógł Skotnicki odwrócić bieg historii, nie tylko Polski, ale Europy, a może i świata. Otóż, krótko po rozpoczęciu działań wojennych, przez Zakopane przemieszczają się olbrzymie rzesze uciekinierów. Skotnicki, zawsze chętny do działania, zostaje przewodniczącym komitetu pomocy uchodźcom. Z racji tej funkcji, w październiku 1914 zgłasza się do niego znajomy Rosjanin Borys Wigiliew, z prośbą o interwencję u władz, a konkretnie u starosty nowotarskiego, w sprawie aresztowanego przez Austriaków w pobliskim Poroninie współziomka. Przedstawia go jako rosyjskiego literata-publicystę, wydalonego z Rosji carskiej za działalność rewolucyjną. Przecież, dowodzi Wigiliew, to głupota Austriaków, żeby wsadzać do więzienia gorącego wroga caratu. Skotnicki postanawia ująć się za aresztowanym, który dzieli przecież los wielu Polaków, prześladowanych przez austriackiego zaborcę w czasie wojny. Starosta potwierdza, że właściwie jedynym zarzutem wobec więźnia jest narodowość rosyjska, wszak Rosja i Austria są w stanie wojny. Do wypuszczenia z więzienia potrzebne jest jednak poręczenie dwóch obywateli austriackich. Skotnicki jest obywatelem Rosji, więc poręczyć nie może, ale biorą to na siebie dwaj szanowani Polacy, poddani monarchii austro-węgierskiej, doktor Kazimierz Dłuski i poeta Jan Kasprowicz. Po kilku dniach otwierają się drzwi do biura i staje w nich niewysoki, barczysty człowiek o kwadratowej twarzy, skośnych oczach, ciemnej karnacji, niemal całkiem łysy. To właśnie Rosjanin, który przyszedł podziękować za swoje uwolnienie. Na Skotnickim robi wrażenie zupełnie nieszkodliwego, typowego rosyjskiego uczitiela russkoj słowiestnosti. “Austriacy mieli też kogo więzić!” - mówi.

Uwolniony dzięki Skotnickiemu rewolucjonista – teoretyk, to niejaki Uljanow, pisujący pod pseudonimem Lenin. Gdyby Lenin pozostał przez całą wojnę w austriackim więzieniu, nie przedostałby się do Szwajcarii, skąd tajne służby niemieckie wysłały go wraz z grupą bolszewików w zaplombowanym wagonie do Rosji.

W swoich pisanych u schyłku życia wspomnieniach pt. “Przy sztalugach i przy biurku” Skotnicki wspomina o tym wydarzeniu, ale nie zdradza, czy po latach żałował swojego humanitarnego gestu. Czy zastanawiał się, co by było, gdyby wtedy w Zakopanem postąpił inaczej? Wspomnienia wydał już w Peerelu i zapewne mógł obawiać się pisać szczerze, nie tylko ze względu na cenzurę, która przepuściła jedno zdanie: “Jakże się wtedy myliłem. Po upływie trzech lat ten niezaradny uczitiel wstrząsnął całym światem”.

Był jeszcze zaskakujący epilog tej sprawy. Pod koniec 1945 roku do domu Skotnickiego w Podkowie Leśnej na ulicy Bukowej, zwanego domem z Matką Boską, albo ze skrzydlatą Nike, zajechało czarne służbowe auto, z którego wysiadł niejaki major Szczekin, przybyły z samej Moskwy. Wypytywał on Skotnickiego o przebieg wydarzeń sprzed ponad 30 lat i skłonił do przesłania mu pisemnych zeznań. Skotnicki postanowił wykorzystać nawiązany kontakt. Jego kuzyn z Krosna Alfred Grohman został wywieziony do Sowietów i uwięziony w Donbasie. Teraz Skotnicki prosił o jego uwolnienie, tak jak on uwolnił wodza rewolucji bolszewickiej. Możecie wierzyć czy nie, ale prośba została wysłuchana, krewny wrócił niebawem do domu.

Był Jan Skotnicki niewątpliwie człowiekiem, który miał talent do znajdowania się zawsze tam, gdzie wiał wiatr historii. Dość wspomnieć, że to na jego rękach w Zachęcie zmarł śmiertelnie raniony w przez zamachowca-fanatyka pierwszy prezydent II RP Gabriel Narutowicz. Wiele lat wcześniej Skotnicki uczestniczył w Żelechowie koło Żabiej Woli w mającym niezwykły przebieg pogrzebie Józefa Chełmońskiego, największego malarza tamtych czasów, który był jego mistrzem i autorytetem… Ale to już tematy na inne opowiadania. CDN

Polub nas na Facebook