Fot. Szymon Sikora.

27 lutego na swoim profilu facebookowym napisała, że odkłada łyżwy i kończy karierę jako spełniony i szczęśliwy sportowiec. Z Luizą Złotkowską, łyżwiarką szybką, wielokrotną medalistką mistrzostw Polski, srebrną (Soczi 2014) i brązową (Vancouver 2010) medalistką olimpijską w wyścigu drużynowym rozmawia Kamil Kubacki.

Kamil Kubacki: Czym dla pani jest sport?
Luiza Złotkowska: Sport zawsze był dla mnie nieodłączną częścią życia. Od 9 roku życia chodziłam na treningi i to jest kawałek mnie. Po 24 latach ciągłych treningów 2 razy dziennie, 7 dni w tygodniu, muszę powiedzieć, że sport stał się dla mnie trochę pracą i trochę takim zawodem. Teraz, gdy zakończyłam karierę, brakuje mi sportu tak ogólnie, ale nie mam nawyku, żeby czuć potrzebę codziennej aktywności fizycznej.

K.K. Równo 10 lat po wywalczeniu brązowego medalu w panczenach na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver ogłosiła pani zakończenie kariery. Ten brąz jest dla pani najważniejszym sportowym sukcesem?
L.Z. Tak, medal w Vancouver był dla mnie najważniejszym w całej karierze sportowej. Otworzył oczy mi i chyba wielu Polakom na to, jak wygląda łyżwiarstwo szybkie. Otworzył też oczy wielu innym sportowcom myślącym, że ci, którzy wygrywają, ulepieni są z innej gliny i mają jakieś nadzwyczajne warunki do przygotowań. Okazało się, że wcale tak nie jest. Ponadto, ten nasz sukces pociągnął za sobą inne sukcesy polskich sportowców.

K.K. Pamiętam, że całą drużynę dotknęła wtedy spora dawka hejtu ze strony osób, które nie wierzyły w wasz sukces. Co pani myśli o tamtych wydarzeniach z dzisiejszej perspektywy?
L.Z. W trakcie Igrzysk w Vancouver, po nieudanych startach indywidualnych, wylał się hejt w internecie. Zarzucano, że pojechałyśmy na Igrzyska na wakacje, że przygotowujemy się za publiczne pieniądze, a nie prezentujemy żadnego poziomu sportowego. Wtedy nauczyłam się, że nie należy czytać nierzetelnych artykułów i że nie należy czytać komentarzy ludzi, którzy po prostu są rozgoryczeni z jakichś osobistych przyczyn i wylewają to do internetu. Robiłam swoje, odcięłam się w ogóle, przestałam to wszystko czytać, no i po kilku dniach okazało się, że jednak nie pojechałyśmy na wakacje, tylko zdobyłyśmy pierwszy od pięćdziesięciu lat medal olimpijski. I nagle większość z tych ludzi zaczęła przepraszać. Były też osoby, które uważały, że zasługa tkwi w ich krytyce, bo mówili: „Ach, wystarczyło je tylko trochę pogonić i od razu są wyniki” (śmiech). Proszę Państwa, tak nie jest! Na medale olimpijskie pracuje się latami i forma nie przychodzi, ot tak, z kapelusza.

K.K. Co pani będzie robić po zakończeniu kariery sportowej? Oczywiście, oprócz pracy w grodziskim samorządzie?
L.Z. Tak, od kilku miesięcy jestem radną w radzie miejskiej w Grodzisku Mazowieckim. To też jest bardzo wiele nowych wyzwań dla mnie, natomiast pracuję już w Polskim Komitecie Olimpijskim, w Departamencie Projektów Sportowych i Kontaktów Międzynarodowych. Przygotowuję wyjazd naszej reprezentacji olimpijskiej na igrzyska w Tokio w tym roku. Jest to bardzo fajna, dynamiczna praca związana ze sportem. Mogę w niej wykorzystać moją sportową wiedzę i kontakty, które nawiązałam w trakcie kariery sportowej. Różnica jest tylko taka, że nie chodzę na lodowisko, ale do biura i że nie mam na sobie dresów, a sukienkę (śmiech). Jest to fajna praca i mam tam dużo ciekawych wyzwań.

K.K. Czy widzi pani wśród młodych łyżwiarzy z Milanówka i okolic jakiś talent, który może sprawić taką niespodziankę, jak wasza drużyna w łyżwiarstwie szybkim sprzed 10 lat?
L.Z. Jestem doskonałym przykładem tego, że z takiego małego Grodziska czy jeszcze mniejszego Milanówka można wybić się na światowe areny i jeżeli tylko ma się marzenia i ma się sprecyzowany cel, to można go zrealizować. Czy ktoś tutaj jest na tyle perspektywiczny, by osiągać wyniki na moim poziomie? Oczywiście, ale jest tyle zmiennych po drodze... W Grodzisku trenuje w tym momencie kilkadziesiąt dzieciaków. Nie są to jednak jeszcze nawet nastolatkowie, a wyniki w seniorskim sporcie osiąga się, mając lat dwadzieścia kilka. Najbliższe 15 lat przed tymi młodymi ludźmi będzie kluczowe. I wiele czynników, jak na przykład determinacja – ja biegłam na treningi, bo to była zawsze moja decyzja, to mnie zależało na tym, by ćwiczyć. Musi być też zdrowie – mała kontuzja może zaprzepaścić całą karierę. Trzeba też trafić na fajnych ludzi, którzy pokierują tą karierą. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na bardzo mądrych trenerów, którzy nie patrzyli na moje wyniki i nie mówili: „Już, teraz, w tym roku, tej zimy!”, tylko dawali mi szansę do rozwoju i wyznaczali cele długoterminowe, jak właśnie igrzyska olimpijskie. Pewnie mogłabym o tym dużo mówić, bo takie zarządzanie karierą młodego człowieka jest bardzo skomplikowaną i złożoną rzeczą, ale wszystko zaczyna się od marzeń. Tego właśnie życzę wszystkim dzieciakom, które trenują.

Polub nas na Facebook