fot: U.S. National Archives and Records Administration

Motto:

Siedzę na dworcu w Kansas City
I smutek mi ozdabia twarz
Tak sobie myślę bracie, czy ty
Też takie stany czasem masz […] (Agnieszka Osiecka)

Zaznaczam na wstępie, że felieton ten jest ahistoryczny, apolityczny, aspołeczny i … alogiczny, bo tylko taka forma wypowiedzi jest odpowiednia do treści, którą pragnę przekazać.

Jak wiadomo, w Milanówku dostęp do dworca kolejowego od strony ul. Krakowskiej jest od maja niemożliwy. Od drugiej strony, od ul. Warszawskiej, zostanie zamknięty od września. I słusznie, bo pociągów też nie będzie… może rok, może więcej.

Gdy powstawała Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska, na terenie dzisiejszego Milanówka wycięto w pień pas drzew pod torowisko (podobno resztki puszczy Jaktorowskiej) rozdzielając dębowo-sosnowy las na piaszczystych pagórkach na dwie części. Częstotliwość ruchu pociągów była taka, że leśna zwierzyna nawet nie zauważała przeszkody, a miejscowi rolnicy zadowalali się polną droga z podkładami ułożonymi pomiędzy szynami w roli przejazdu. I pewnie las, zamieniony w dwa lasy niezależne, trwałby do dziś, gdyby nie zwariowany pomysł (nazwijmy go projektem innowacyjnym), aby gdzieś tu, na tych piaskach postawić dworzec kolejowy. I tak zaczęła się historia LETNISKA MILANÓWEK. Ruszył biznes parcelacyjny, ba, nawet odkryto źródło (a jakże) wody leczniczej – dziś jest tam sadzawka ze zbutwiałą wodą (bałbym się leczyć nią nawet kaczki).

Ale wróćmy do kolei. Miasta takie jak Skierniewice czy nawet Grodzisk doczekały się okazałych budynków dworcowych, bo dla Kolei były partnerami biznesowymi. Milanówek się spóźnił o ponad 50 lat, a poza tym miał służyć tylko letnikom, więc właściciele kolei zrobili i tak wielki gest, kiedy zbudowali peron i budynek kasy biletowej. I tak zostało … Cóż z tego, że Milanówek stał się miastem, a w czasie II wojny światowej nawet „Małym Londynem”, że był milanowski jedwab, że artyści, poeci, itd., itd. Peron, na którym hula wiatr, tradycyjne okienko kasy biletowej zostały wzbogacone o kasy elektroniczne, zjeżdżalnie dla wózków dziecinnych i rowerów i kolejne warstwy „patyny” na ścianach.

Aż tu nagle idzie nowe! Kolej Warszawsko-Wiedeńska wkracza w XXI wiek. Nie wiem, ilu inwestorów budowało tę pierwszą w XIX wieku. Potem był PKP - jeden. Teraz jedna firma zajmuje się lewą szyną, druga - prawą, trzecia inwestuje w podkłady, czwarta w sieć elektryczną, o tabor troszczą się przewoźnicy, którzy z tymi od architektury nie mogą porozumieć się w sprawie wysokości peronów i schodków w wagonach, a ci od architektury nie myślą o tym, że kolej biegnie przez miasto, którego mieszkańcy po obu stronach torów nie są wrogimi plemionami wymagającymi muru nie do przebycia (dla bezpieczeństwa). Nad torami biegnie droga (powiatowa) oraz kładka (gminna ale na terenie kolejowym). Wzdłuż torów rosną chaszcze (niczyje). Pod torami przebudowuje się tunel (podłoga tunelu należy do PKP-coś-tam, ściany do PKP-coś-innego, brud na ścianach do władz Miasta Milanówka, a powietrze wypełniające tunel do milanowskich ekologów).

Miałem wątpliwą przyjemność widzieć projekt tunelu, który wymyślono w wyniku absurdalnej wielo-kompetencyjności: szerokość przy wylocie -1,50 m (dwie mamy z wózkami nie miną się) a nachylenie schodów odpowiednie do ćwiczenia wspinaczki. Podobno, jeśli nam się to nie podoba, to możemy dworzec kolejowy wybudować sami – za swoje.

Ale czytelniku, nie dementuj tej informacji – od jej pozyskania przeze mnie minął rok z hakiem, w międzyczasie różne wersje projektu były prostowane i dementowane, a podmioty (dyrekcje, ministerstwa, województwo, gmina) teoretycznie kompetentne w sprawie, na przemian powołują się na uzgodnienia, deklaracje partnerów (nigdy swoje), na brak uzgodnień, na brak deklaracji, na brak dokumentów, które coś potwierdzają lub czemuś zaprzeczają lub na dokumenty, których nikt nie widział. Moje spostrzeżenie: żadnemu podmiotowi z przedrostkiem „PKP” dworzec kolejowy w Milanówku nie jest potrzebny, podobnie jak przejście podziemne łączące podzielone miasto. Milanówek zaś chciałby (mnie proszę wyłączyć z tego chcenia), aby przy okazji budowy „dworca” zbudowano miniaturową wersję centrum kultury w postaci galerii sztuki – malarstwa rodzimych artystów. Całość w stylu modernistyczno-narodowym (a może na odwrót?). Powstaje dylemat, kto i za czyje pieniądze ma to zrobić.

Dylematy są od tego, aby je rozstrzygać, ale rzecz w tym, że sprawą zajmują się urzędnicy na różnych szczeblach (ale zwykle, zgodnie z zasadą Parkinsona, na szczeblach przekraczających ich poziom kompetencyjny) i dbają wyłącznie o to, aby nie być posądzonym o podjęcie decyzji i aby żadne rozstrzygnięcie nie oznaczało ich odpowiedzialności.

Tak więc drodzy Milanowianie, może przyjdzie zrezygnować z usług kolei, nie tylko na czas remontu, ale tak w ogóle – na stałe. Może uruchomimy komunikację balonową pomiędzy Milanówkiem-Północ i Milanówkiem-Południe. Placyk przed dworcem przy ul. Warszawskiej zamienimy na deptak-dreptak (dreptanie w kółko, to nasza specjalność). A Dom Kultury? Eee tam …, grunt, to kultura osobista. Tylko kasy żal… i tej dworcowej (okienka) i tej publicznej (papieru).
 


p.s. Kiedyś policzyłem, że przez lata, na drodze żelaznej z Milanówka do Warszawy i z powrotem pokonałem trasę przekraczającą odległość z Ziemi do Księżyca. Temat nie jest więc mi obcy.

Polub nas na Facebook